Idąc
ulicą wiele razy zastanawiałam się co mnie czeka za rogiem mojego
rodzinnego miasta. Zawsze dochodziłam do tego samego wniosku. Co ma
być to będzie. Nie wiem kogo lub jaką sytuację postawi za tym
rogiem Przeznaczenie, Fortuna, czy nawet Fatum. Warto być
przygotowanym na wszystko. Zapewne ktoś zapyta: „Ale jak
przygotować się na wszystkie ewentualności? Przecież się nie
da” Odpowiedziałabym mu, że ma po części rację. Ale zawsze
dochodzę do tego, że trzeba iść z podniesioną głową i śmiać
się losowi w twarz. Podchodzić do wszystkiego z chłodnym
opanowaniem. Ale zacznijmy wreszcie tę historię…
Postać
spacerująca jedną z uliczek Nowego Jorku odziana była w czarną
pelerynę sięgającą do ziemi, Kaptur zasłaniający jej twarz nie
pozwalał odgadnąć kim ona jest. Szła szybkim krokiem. Jej
znajomi stwierdzili, że zawsze porusza się jak pantera polująca
na swoją ofiarę. Może i było w tym trochę prawdy. Stała się
sławna w świecie o którym zwykli ludzie nie mieli pojęcia. Tylko
jedna osoba, spoza sfery magicznej poznała tajemnice świata
czarodziei. Była nią J.K. Rowling, choć pozwoliła sobie go
nadmiernie ubarwić. Lord Voldemort nie istniał. Nie było żadnej
wojny. Harry Potter żył, Tom Riddle również. Wszystko było w
idealnym porządku. Świat czarodziei żył w spokoju i harmonii.
Tylko kilka osób różniło się od innych. Między innymi do tych
osób należała Katharsis Black. Była ona jedyną córką Syriusza
Blacka. Jej matka zmarła przy porodzie, jednak to nie przeszkodziło
w jej szczęściu, bowiem nie pamiętała jej i nie pamiętała za
czym ma tęsknić. Byli idealną rodziną choć, niestety, rodzinną
sielankę przerwało nagłe zniknięcie jej ojca. Jej życie legło
w gruzach. Od czasu jego zniknięcia minęło dwanaście lat, jednak
Katharsis przysięgła sobie, że kiedyś go odnajdzie. Musiała
skończyć szkolę i żyć dalej. Pomagał jej w tym ojciec
chrzestny, imieniem James Potter. Katharsis była wierną kopią
swojego ojca włączając w to nawet charakter. Wszyscy śmiali się,
że różni ich tylko płeć. Nigdy nie dochodziło pomiędzy nimi
do kłótni, po prostu byli idealną rodziną. Szukała, pytała,
lecz nic nie pomagało. Słuch o nim zaginął. Jakby zapadł się
pod ziemię nawet w świecie ludzi nie magicznych. Tęskniła za
dawnymi latami, kiedy jeszcze on nie zniknął. Za miejscami, które
odwiedzali w każdy wolny dzień. Nowy Jork był piękny, jednak nie
to było powodem jej przyjazdu. Dostała informację, że jej ojca
widziano tu tydzień temu. Mroźny wiatr wiał z każdej strony,
jednak nie odczuwała chłodu. W takich chwilach, kochała fakt, że
jest czarownicą. Zatrzymała się przed hotelem. To tu miał
wynająć pokój pięć dni temu. Weszła do środka i ściągnęła
kaptur. Podeszła do recepcji i uśmiechnęła się uwodzicielsko do
młodego recepcjonisty. Widać było, że jest nią zauroczony od
pierwszego wejrzenia. Zapytała o to czy nadal w tym hotelu przebywa
Alex White. Za niego podawał się tutaj. Niestety dowiedziała się,
że przed południem się wymeldował. Kath kiedy to usłyszała
uderzyła pięścią w marmurową recepcję. Wyszła pospiesznie.
Rozejrzała się. Zobaczyła jeszcze otwarty sklep. Może ktoś go
widział, w którą stronę poszedł. Przebiegła przez ulicę i
weszła. Rozejrzała się po ekspozycji. Magiczne przedmioty.
Podniosła do góry jedną brew. Zionęło tu czarną magią.
Obróciła się wychodząc ze sklepu, ruszyła gdzie podpowiedział
jej instynkt. Po kilku godzinach zatrzymała się ponownie. Weszła
do podrzędnego motelu i wynajęła pokój. Weszła do niego miał
numer 356. Zdjęła płaszcz. Spojrzała w lustro, samotna łza
spłynęła po jej policzku. Miała dwadzieścia lat, wszyscy
uważali ją za ideał, którym się nigdy nie czuła. Usiadła w
wypłowiałym fotelu. Nie wiedząc kiedy, zasnęła. Przebudziła
się słysząc swoje imię. Zerwała się z fotela rozejrzawszy się
dookoła. Nikogo nie zauważyła. „To był tylko sen” -
westchnęła ze smutkiem. Jej wzrok powędrował ku zegarowi,
stwierdziła, iż dochodziła dwudziesta trzecia . Przeciągnęła
się i zdała sobie sprawę, że choć na chwilę musi się oderwać
od rzeczywistości. Wyczarowała czarną bluzkę z dekoltem w serek
oraz czarne rurki. Przebrała się w nie.
Wyszła
z pokoju i zamknęła drzwi na klucz. Idąc korytarzem liczyła
pokoje po obu stronach. Nie chciała myśleć na razie o Syriuszu.
Zeszła po schodach. Na parterze skręciła w lewo od recepcji i
weszła do pomieszczenia, które było jadalnią i barem. Usiadła
przy ladzie i poprosiła o Martini. Sączyła powoli trunek.
Patrzyła w zawartość kieliszka. Ciekawe co by pomyślał jej tata
o tym, że pije. Zachichotała w myślach. Spojrzała na zegar, była
północ. Podniosła się z miejsca, i ruszyła w
stronę
swojego pokoju. Spacerowała z głową w chmurach idąc korytarzem,
chwilę potem wpadła na kogoś. Podniosła wzrok i zaniemówiła.
To był on.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz